JEROZOLIMA: 721 LAT PO WYJŚCIU DZIECI

– Pamiętasz, że idziemy dziś na medynę? – przypomniał Horthyemu Andrea Rossi na schodach domu Albrighta. – Zaprosili nas z Al-Quds i wszyscy pójdą. Nawet Malka… Wy­bierzesz się z nami czy wolisz znów pisać te swoje brednie o rzeczach, które ostatnio obchodziły kogoś w czasach Justyniana?

– Chyba się wybiorę. Miałem dziś co prawda napisać przyczynek o współczynniku imbecyli w kadrach włoskich uniwersytetów, ale może rzeczywiście powinienem raczej podjąć badania terenowe. Trzymaj się w pobliżu, Benito…

– Jasne, admirale bez floty. Wstęp będzie po arabsku, więc przyda ci się ktoś, żebyś nie patrzył jak wół na malowane wrota i nie pytał po sto razy: „Co on tam powiedział?”.

– To zupełnie tak jak ty, Benito, kiedy jesteśmy w Zachodniej Jerozolimie. Jak to było? Jak wczoraj powiedziałeś temu sprzedawcy? „Toda meod”?

Nie przerywając ani na chwilę swoich zwyczajnych złośliwości, Horthy i Andrea weszli do sali jadalnej. Była to pora kolacji i na stołach rozstawiano właśnie naczynia dla wszystkich domowników Archeologicznego Instytutu Albrighta.

– Hisham się postarał – powiedział Andrea, z lubością wciągając w nos zapach ustawionego na szwedzkim stole mahloubi.

W ostatnim, jesiennym semestrze Horthy miał dużo pracy. Poza swoimi kursami na uniwersytecie i zleceniami tłumaczeń prowadził ćwiczenia z hebrajskiego za chorego kolegę, z którym ustalił, że ten w zamian zastąpi go podczas ostatnich miesięcy wiosennych i jesiennych, kiedy Horthy będzie na badaniach za granicą. Będąc zwolnionym z obowiązku nauczania, Węgier chciał jak najszybciej skończyć kolejną książkę. Stypendium obejmowało zakwaterowanie w Domu Albrighta, należącym do Amerykańskiej Szkoły Badań Orientalnych.

Budynek Instytutu Albrighta znajdował się na ulicy Saladyna we wschodniej, arabskiej części miasta. Jego atmosfera przypominała Horthyemu te wszystkie miejsca, o których marzył jako dziecko, kiedy w długie wieczory zaczytywał się w historiach dziewiętnastowiecznych awanturników. Dom nosił znamiona bezpretensjonalnej elegancji kolonialnego budynku i w zamiarze architektów miał łączyć wartość użytkową z niezbędnymi wygodami. Ocieniały go drzewa pinii, które rozrosły się bardzo od czasu, kiedy położono fundamenty szkoły w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Ulokowano go o kilka kroków od arabskiej części medyny, niedaleko Bramy Heroda. W instytucie znajdowało się kilka pokoi dla gości, kuchnia, jadalnia, sala konferencyjna, biblioteka oraz piękne obejście z podcieniami, fontanną i ogrodem. Ponadto niewielki budynek w ogrodzie przeznaczono na laboratorium archeologiczne. Na tyłach instytutu, przy linkach, na których mieszkańcy suszyli pranie, walało się nadal sporo odłamków ceglastej, filistyńskiej ceramiki. Wnętrze budynku odznaczało się schludną, dostatnią prostotą i przechowało wiele śladów dumnej przeszłości szkoły. Z grupowych zdjęć uśmiechały się twarze kolejnych pokoleń archeologów, biblistów oraz filologów najbardziej unikalnych języków orientu. W gablocie, tuż przy wysokich drzwiach dyrektora Gitina, ustawiono filistyńskie garnki z wykopalisk szkoły w Tel Miqne. W pokoju, gdzie obecnie mieszkała młoda Chinka Meilin, dokonał życia pierwszy spośród egiptologów, Flinders Petrie.

Horthy czuł się świetnie. Miał wszystko, czego potrzebował, plus gwarne lewantyńskie miasto, wraz z codzienną poranną gwarancją błękitu nad piaskowymi wieżami starego miasta. Rano, biorąc prysznic, przeczuwał bezchmurność nieba i wdychał zapach pinii zza otwartego okna.

W ogrodzie instytutu spotykali się archeologowie i naukowcy z Izraela, Jordanii i reszty świata, ale w samym budynku mieszkało tylko osiem osób. Była to kosmopolityczna zbieranina, na którą składała się dwójka młodych Chińczyków, Meilin i Shuo, nadzwyczaj bezczelny Włoch – Andrea, pewna siebie i przebojowa Australijka Hayley, pogodny Amerykanin Glen, Karen z Chicago, John z Nowego Yorku oraz Horthy. Ponadto od czasu do czasu w instytucie nocowała pełna ekspresji i hałaśliwa Izraelka, Malka, i jordański archeolog Hussien.

Węgra, który oczekiwał, że napotka tu grupkę przyschniętych badaczy, letargicznie spierających się o greckie chiazmy, spotkało przyjemne rozczarowanie. Nie należąc do ludzi nadmiernie towarzyskich, znalazł wspólny język z mieszkańcami, nie wyłączając dwójki młodych Chińczyków. Ci ostatni mieli co prawda poważny problem z angielskim, ale niedostatki te nadrabiali mimiką i entuzjazmem. Węgrowi udało się nawet do pewnego stopnia zapomnieć o Elizie i wypadkach z Tybingi, które niemal ustały od czasu, kiedy opuścił miasto i odebrał dziwny telefon w pociągu.

Zaistniały jednak przyczyny, które sprawiły, że nie udało mu się o nich całkowicie zapomnieć. Wciąż w jego snach pojawiał się posępny, skalisty kopiec. Czasem brzmiały także słowa: „Dotrzymaj umowy”.

Spośród mieszkańców domu Albrighta Horthy najbardziej zaprzyjaźnił się z Andreą. Razem wyruszali na wieczorne eskapady po Wschodniej Jerozolimie. Włoch, poza tym, że był jednym z najlepszych na świecie ekspertów od klasycznego języka arabskiego, był podobnie jak Horthy wielkim kobieciarzem i szydercą, a w ocenie Węgra również niesłychaną szują.

Andrea był niewysoki, dość chudy, miał zdarty głos, ścięte na jeżyka włosy i dość ostentacyjnego zeza. Co ciekawe, ta ostatnia cecha nie pozbawiała jednak jego twarzy pewnego magnetyzmu, z którego zresztą skwapliwie korzystał przy każdej okazji, kiedy tylko coś przypominającego kobietę znajdowało się w granicach jego pola widzenia. Na tym gruncie, podobnie jak i na polu zamiłowania do napojów na bazie gron winorośli, między nim a Horthym zrodziło się od pierwszych dni szczere braterstwo. Alkoholowa pasja Andrei była co prawda nieco zaskakująca, gdyż chętnie deklarował się on jako wierzący muzułmanin. Węgier jednak nigdy nie odnotował żadnych symptomów owej przynależności religijnej, jeśli nie liczyć doskonałej znajomości Koranu i powstrzymywania się od jedzenia wieprzowiny, przy czym to ostatnie w sercu Jerozolimy nie należało do najbardziej imponujących wyzwań. A picie wina najwyraźniej nie było, w jego jednoosobowym religijnym odłamie, zbrodnią zasługującą na najwyższe potępienie. Pytany o to, przytaczał Horthyemu szereg przykładów ze źródeł arabskich, wskazujących na religijną zasadność swojej postawy.

Intrygującą cechą Andrei była jego olbrzymia odporność na jakiekolwiek obawy, tak skrajna, że niemal wydawała się graniczyć z tępotą, o którą skądinąd w innych kwestiach ciężko byłoby go posądzać. Andrea odnosił się do ludzi o wiele większych i silniejszych od siebie w sposób, jaki bez wielkiego nadużycia można by nazwać samobójczym. Obserwując jego różne prowokacje, Horthy, który sam był zadziorny głównie po alkoholu, doszedł do wniosku, że ktoś musiał Andrei wyciąć z mózgu czynnik strachu, podobnie jak wszelką, zwyczajną rodzajowi ludzkiemu, umiejętność przewidywania konsekwencji swoich słów i czynów.

Drugiego dnia pobytu w instytucie Andrea pokłócił się z Węgrem o włoską agresję na Etiopię i kiedy zaczął wykrzykiwał swoje argumenty coraz głośniej i głośniej, wymachując przy tym rękami, Horthy, na początku rozgniewany, a potem już bardziej rozbawiony, poklepał go po ramieniu i przerwał jego słowotok:

– Spokojnie, Benito!

Przydomek ten natychmiast przyjął się wśród wszystkich mieszkańców domu Albrighta. Tylko Amerykanka Karen, równie grzeczna co politycznie poprawna, nigdy nie nazywała go w ten sposób. Sympatie Andrei były zawsze nieco nieodgadnione, ale można przypuszczać, że w Horthym poza wspomnianymi już wspólnymi zainteresowaniami cenił także powodzenie u kobiet, nietuzinkowego huzarskiego ducha i znacznie bardziej zaawansowaną od swojej znajomość starożytnych języków semickich, aczkolwiek tę ostatnią zawsze skwapliwie wyszydzał. Odnosił ją przy tym do klasycznego języka arabskiego, który jawił się w jego opowiadaniach jako język niemalże rajski. W przychylności do Węgra pewną rolę odgrywało również i to, że Horthy był jedyną osobą w instytucie, z którą Andrea był w stanie porozumieć się w swoim macierzystym języku.

Po wieczornym wykładzie na Al-Quds Horthy i Andrea usadowili się z butelką białego wina na jednym z dachów, przynależącym do armeńskiej części starówki. Przed południem odwiedzili spalone słońcem stanowisko archeologiczne i Horthy czuł wyraźnie zapach kremu z filtrem, który w przesadnej ilości nałożył na siebie rano Andrea. Wieczorne powietrze było przyjemnie chłodne, a widok idylliczny – miasto ze złota, miedzi i światła. Przypominało to Węgrowi ilustracje rozmowy Jezusa z Nikodemem na tle uśpionego nokturnu miasta Dawida. Były to naiwne obrazy z jego dziecięcej Biblii, poprzez które mały Gabor po raz pierwszy zauroczył się na wpół mitycznym pejzażem wschodu zamieszkiwanym przez synów Sary i Hagar.

Andrea także się rozmarzył i niesymetryczne źrenice zaszły mu alkoholową mgłą wspomnień.

– Kiedyś w Kairze była… taka piękna… Kupowałem dla niej najsłodsze ciastka niedaleko Bab Zuweili… – Tu Andrea pociągnął solidny łyk wina z butelki, którą podał mu Horthy.

– Egipcjanka? – zapytał Horthy, przejmując butelkę.

– Studentka z Turynu…

– Za studentki Turynu! – Tym razem Horthy pociągnął zdrowo, ni stąd, ni zowąd wzruszony wspomnieniem Andrei.

Przez chwilę obaj milczeli, wpatrując się w malowniczy krajobraz dachów medyny. Horthy, który normalnie niechętnie wspominał o przeszłych doświadczeniach, pod wpływem nastroju chwili otworzył się nieco:

– Była kiedyś dziewczyna… Byliśmy w lesie. Weszliśmy na ambonę… to takie miejsce do polowań… Ciepły wiatr… Żurawie odlatywały… Gdyby wtedy poprosiła… zażądała… przyniósłbym jej… bo ja wiem… złote runo…

– Za wszystkie żurawie i barany na świecie! – Andrea wzniósł butelkę ku księżycowi pomiędzy wieżami. Zamilkli, a oliwkowe szkło kilkukrotnie przewędrowało z rąk do rąk.

– E queste fiore dell partigiano… – zanucił w końcu tęsknie Andrea swoim ochrypłym głosem. Horthy zawtórował mu natychmiast i w ciszę medyny popłynęło ich wspólne, nieco zafałszowane: bella ciao… bella ciao… Potem odśpiewali razem gromkie Fischia il vento, chociaż Horthy pominął zwrotkę o czerwonym sztandarze, a wracając w huzarskich nastrojach do instytutu, zbezcześcili po drodze jeszcze kilka patetycznych pieśni wojennych. Potem rozmawiali w ogrodzie. Rezultatem tych nocnych rozmów był wspólny plan objazdu Jemenu, a dla Andrei dodatkowo wstręt do światła i pokarmu dnia następnego. Włoch upił się solidnie, a ponieważ za żadną cenę nie chciał wrócić do pokoju, Horthy zostawił go w ogrodzie pod opieką Meilin. Andrea ułożył się pod cyprysem, czkał co chwilę i bełkotał do zakłopotanej Chinki o niezmiernych bogactwach Arabii: gumie, mirrze, kadzidle i wonnym cynamonowcu. Horthy nie był jeszcze senny i poszedł w stronę pobliskiego sklepu Che Guevara, który mieścił się niemal naprzeciw biblijnej szkoły dominikanów.

Sklepik był klaustrofobiczny i zakurzony, ale było to jedno z niewielu miejsc we Wschodniej Jerozolimie, gdzie sprzedawano alkohol. Niestety okazał się już zamknięty, ale Węgier nadal nie miał ochoty wracać do instytutu. Dlatego zamiast zawrócić poszedł prosto w kierunku najpotężniejszej bramy medyny, Bramy Damasceńskiej, i stamtąd zanurzył się w nokturn starego miasta.

– Szeket sawiw… hagiborim namim – podpity zanucił cicho po hebrajsku rosyjski walc Na Stokach Mandżurii.

Ulice Wschodniej Jerozolimy, inaczej niż wielu innych arabskich miast Bliskiego Wschodu, cichły i pustoszały dość wcześnie. Za dnia nie brakowało gwaru ani wędrujących tłumów. Dymiły grille, stragany przeładowane owocami wylewały się na ulicę, z magnetofonów nawoływały reklamy tandetnej elektroniki, a z minaretów melodyjne wezwania na modlitwę. Wszystko to składało się na ów rozpoznawalny koloryt orientalnej medyny. Za to nocą miasto uspokajało się w porze, kiedy Damaszek, Amman i Kair dopiero budziły się do życia. Teraz, wieczorem, panowała tu cisza. Wąskie wyślizgane uliczki były zupełnie puste, tylko gdzieniegdzie chude koty buszowały w śmieciach. Niektóre miejsca przechowały okruchy zapachów pozostałych po dniu, jak miejsce, gdzie stała wielka beczka z oliwkami, w innych czuć było rozkładające się resztki. Horthy błąkał się jakiś czas, starając się wynajdywać przejścia, których uprzednio nie znał, a wino i ciemność sprawiły, że wąska sieć tuneli medyny jawiła mu się bardziej jako halucynacja niż rzeczywistość. Było mu boleśnie i rzewnie – alkohol często otwierał w nim całe labirynty wzruszeń zasypanych głęboko przez codzienną pracę i walkę. Nachodziły go wspomnienia kobiet. Alkohol sprawiał, że zwykły znieczulający filtr czasu został zniesiony tak bardzo, iż tamte minione bliskości wydały mu się nagle ogromnie wyraziste, namacalne i boleśnie utracone. Tak jakby z każdą z nich stracił całe światy. Przypomniał sobie pewną czarnowłosą dziewczynę z Eger, której czytał swój ulubiony wiersz, a ona leżała na jego sofie, miała na sobie tylko czarne figi i wzruszona wpatrywała się w ciemny obraz z holenderskim żaglowcem. Wyglądała jak arcydzieło. Ile wina i wosku wylało się w tamtym mieszkaniu… Potem były inne… Yvonne, Selam, inne, inne, Eliza… Eliza… Umowa… „Jaka umowa, do cholery?” Przez moment coś mu zaświtało. To było chyba jakieś kamienne wnętrze. Było tam bardzo duszno. Gdzie to było? Kiedy?

Szedł dalej i nagle wydało mu się, że jego wędrówka jest pielgrzymką do samego centrum świata, znajdującego się tam, gdzie krew Jezusa spłynęła na czaszkę Adama na kalwarii. Kalwaria… Według łacińskich tekstów legendy dzieci z Hameln również zniknęły pod kalwarią. Wzgórze czaszki dosłownie ich pochłonęło. Horthy jeszcze w Tybindze znalazł informację, że w średniowieczu kalwarię rozumiano nie tylko jako miejsce śmierci Jezusa, ale także jako piekielną paszczę Lewiatana. Nic dziwnego, że po nieszczęsnych dzieciach nie pozostał żaden ślad. Kiedy alkohol trochę już wywietrzał, Horthy wszedł do otwartej Bazyliki Grobu. Ciemna świątynia pachniała żywicą kadzidłowca. Po jakimś czasie pojawili się dwaj mnisi koptyjscy i rozpoczęli swoje modły. Ich smagłe twarze i smoliste brody, czarne szaty i płaskie nakrycia głowy przypominały złowrogich czarowników z bajek. Horthy chciał posłuchać modlitw, ale poczuł się bardzo źle. Zrobiło mu się duszno, zaczął się pocić i czuł, że musi natychmiast wyjść na zewnątrz. Zaraz po wyjściu zrobiło mu się o wiele lepiej, ale nie wracał już do środka. Poszedł natomiast do klasztoru etiopskiego, ulokowanego na dachu bazyliki. Znużony przysiadł na chwilę pośród niskich kamiennych zabudowań, tuż przy ściemniałej od rdzy pompie do wody. Niewielkie, połączone ze sobą klasztorne cele przy­pominały skromną, kamienną wioskę cenobitów, przywołującą wyobrażenia czasów pierwszych egipskich monasterów. Na dachach stały archaiczne, zeschnięte drabiny, a w wykutych w murze głębokich i ślepych wnękach o kształtach okien wisiały zakurzone ceremonialne dzwonki. Całe miejsce emanowało prostotą i ascetyczną skromnością, przypominając Węgrowi czas spędzony w samej Etiopii. Tam też chyba kiedyś odbył taką nocną wędrówkę…

Noc powoli zaczynała już jaśnieć. Zielone drzwi z dwoma białymi krzyżami otworzyły się i wyszedł z nich chudy etiopski mnich w długiej ciemnobeżowej szacie, klapkach założonych na gołe stopy i płaskiej, czarnej czapce przypominającej fez. Horthy uśmiechnął się zakłopotany. Skłonił się. Czuł się trochę przyłapany w tym miejscu, o takiej porze. Mężczyzna zatrzymał się, najwidoczniej zaskoczony, że ktoś tak wcześnie błąka się po klasztorze. Przez chwilę przetrzymał Węgra pod dość czujnym wzrokiem, nie odpowiadając na jego uśmiech. Horthy odniósł wrażenie, że tamten, wpatrując się w niego, nagle się czegoś przestraszył. Jeszcze raz uśmiechnął się uspokajająco – pojednawczym uśmiechem. Zakonnik jednak nadal nie reagował na uśmiech, tylko uporczywie wpatrywał się w jego twarz, jakby szukał jakiegoś rodzaju potwierdzenia. W końcu pokręcił głową, niby czemuś zaprzeczając, i poczłapał powoli w kierunku kaplicy. Przystanął jednak kilka metrów dalej, odwrócił się i rzucił po angielsku, na sposób kogoś, kto zna w tym języku tylko kilka najbardziej popularnych słów:

– Musisz się dużo modlić… Bardzo dużo modlić.

Horthy tylko skłonił się na te słowa. Pomyślał, że tamten odwołuje się do jego nocnej odysei, a wciąż czuł się zażenowany tym porannym spotkaniem. Ale mnich niespodziewanie dodał jeszcze:

– To zła umowa!

I wypowiedział jeszcze jedno zdanie w języku, którego Horthy nie był w stanie zrozumieć, chociaż przypuszczał, że musiał to być język tigrinia, bo z pewnością nie był to amharski, którego Węgier osłuchał się trochę, kiedy spotykał się z Selam. Z kilku słów wypowiedzianych przez mnicha Horthy zapamiętał tylko słowo: zaguf.

– Nie rozumiem – powiedział do mnicha z bezradnym uśmiechem.

Ale tamten pokręcił już tylko głową, po czym odwrócił się i zniknął we wnętrzu kaplicy.