Ballada o drobnym karciarzu
Lawrence Osborne
Data wydania: 2025
Data premiery: 21 października 2025
ISBN: 978-83-68560-39-8
Format: 145x205
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 304
Kategoria: Inne
54.90 zł 38.43 zł
Opis Poruszająca, sfilmowana, powieść jednego z najbardziej uznanych współczesnych brytyjskich pisarzy
Makau – metropolia blichtru i uzależnień – to miejsce stworzone dla ludzi takich jak lord Doyle: skorumpowanych prawników i oszustów, szukających zapomnienia pod sztucznymi światłami kasyn. Dla Doyle’a noc zaczyna się i kończy przy stole do bakarata i szklance alkoholu. Pieniądze? Przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko gra – bez końca, bez ratunku, z nadzieją na katharsis w zwycięstwie albo w klęsce.
Przypadkowe spotkanie z młodą dziewczyną do towarzystwa w jednym z kasyn odmieni bieg jego rutyny. Rodzi się niespodziewana więź – i jednocześnie pierwsza szczera relacja w życiu Doyle’a. Tajemnicza dziewczyna to ktoś, komu odważy się wyznać prawdę o swoim upadku. Ich porozumienie zacznie przypominać obietnicę odkupienia. Ale w miejscu, gdzie wszystko jest grą i maską, zaufanie to tylko złudzenie.
Ballada o drobnym karciarzu to opowieść o zmaganiu się z samym sobą w świecie, gdzie nawet intymność bywa na sprzedaż.
Na podstawie książki powstał film Edwarda Bergera z Colinem Farrellem w roli głównej.
W poniedziałki o północy albo trochę później zjawiam się w Greek Mythology na Taipie, gdzie gram, gdy nie mam dokąd iść, gdy znudzą mi się Fernando’s i Clube Militar oraz burdeliki przy Avenida da República. Lubię to miejsce, dlatego że nie ma tam żadnych gwiazd chińskiej telewizji i dlatego że personel zna mnie z widzenia. To jedno ze starszych kasyn, wiekowe i podupadłe. Stolarka cuchnie dymem, a wykładziny cechuje urocza zjełczała gąbczastość, którą lubią moje angielskie buty. Chodzę tam mniej więcej co drugą weekendową noc, przegrywając tysiąc dolarów tygodniowo z mojego Niewyczerpanego Funduszu. Chodzę tam, żeby szastać swoimi juanami, swoimi dolarami, swoim kwai, a przegrywanie jest tam łatwiejsze niż wygrywanie, sprawia większą przyjemność. Bardziej przypomina wygrywanie niż samo wygrywanie, a każdy wie, że nie jesteś prawdziwym graczem, dopóki w głębi duszy nie wolisz przegrywać.
Lubię bary zaopatrzone w wina Great Wall i Dragon Seal, które można mieszać z napojem Dr Pepper. Lubię Greków. Zeusa na szczycie złotych schodów i fryzy z centaurami. Lubię recepcjonistki w wiśniowych kapelusikach, gotowe się z tobą przespać, jeśli wystarczająco dużo zapłacisz. Podoba mi się nawet opuszczone rondo na końcu ulicy, gdzie mogę pójść odetchnąć, kiedy mam złą passę. Jakimś cudem powietrze w Makau zawsze jest rześkie i czyste, chyba że akurat zrobi się cuchnące i wilgotne. Otaczają nas wzburzone morza.
W Nowy Rok zebrał się tu kontynentalny tłum: zalew z pobliskich miast, Kantonu i Szenczenu, oraz z ich dusznych przedmieść. Ludzie wyglądają jak kruki, jak stada ptaków. Zastanawiam się, co myślą o malowidłach ściennych przedstawiających szczęśliwe nimfy. Można tu spotkać agrafkowych milionerów, dyrektorów fabryk znad Rzeki Perłowej, właścicieli rodzinnych firm produkcyjnych wyspecjalizowanych w klawiszach do klawiatur komputerowych, trybikach do zabawek i przekładniach zębatych do kosiarek. Wszyscy przybyli po to, żeby przepuścić zarobione z trudem pliki banknotów na I Ching. Drzwi mają uwielbiany przez Chińczyków jasnozłoty kolor, a wykładzina ciemnoczerwony, za którym także przepadają i który jest ponoć kolorem Szczęścia. Kropliste żyrandole zwisają z sufitów ozdobionych scenami z obrazów Tiepola, tyle że zefiry obdarzono skośnymi oczami. Korytarz wpływa w korytarz, w niekończący się system korytarzy, jak w każdym kasynie w Makau.
Wchodzę do holu. Na szklanych ekranach waz zastygły podobizny Konfucjusza i nagich dziewcząt. W prywatnej sali, widocznej tylko przez chwilę, dwaj chińscy gracze co minuta wykładają na stół sto hongkońskich dolarów, ale robią to z ostentacyjną ospałością i obojętnością macho. Jeden z nich pali olbrzymie cygaro z otwartego pudełka bezpłatnych hawańskich cygar, strzepując popiół do metalowej konchy mającej współgrać z tanimi reprodukcjami Botticellego wtopionymi w niebieskie ściany. Ręce zaczynają mi się pocić w rękawiczkach, które zawsze noszę w kasynach. Zapach wpadający mi krętą smużką do nosa to woń ludzi skupionych na swoim pechu, pocących się tak jak ja z powodu popsutych wentylatorów.
Gra się tutaj w bakarata punto banco. Nie wymaga on żadnych umiejętności i dlatego Chińczycy go lubią. Każdy stół ma pionową elektroniczną tablicę wyświetlającą desenie Szczęścia w postaci matematycznych trendów w kolumnach cyfr. Tłum zbiera się wokół tych tablic, żeby zdecydować, które stoły przynoszą Szczęście, a które nie. Analizuje kolumny liczb zmieniające się odrobinę po każdym rozdaniu. Te desenie Szczęścia to sposób ilościowego określenia wiatrów zmian i śmiem powiedzieć, że zachodnie oko nie jest w stanie niczego z nich zrozumieć. Ale przecież nie są przeznaczone dla naszych oczu.
Siadam i wyjmuję portfel z krokodylej skóry. Gram w żółtych giemzowych rękawiczkach i wszyscy uważają mnie tam za jakiegoś lorda, za lorda uciekiniera mającego złą passę, którą można przezwyciężyć mocami I Ching. Kelner pyta, czy chcę następnego drinka, może butelkę szampana? Zamawiam butelkę tego albo tamtego, myśląc: „Prędzej czy później i tak ją wypiję, zawsze wypijam”. Mimo to chyba nigdy nie jestem pijany. Przy stole siedzi kobieta w średnim wieku i nikt więcej. Spogląda na mnie znad okularów i ma w oczach typową ksenofobiczną nienawiść, a mimo to zachowuje się kokieteryjnie, przy stołach do gry jest profesjonalistką, wystroiła się w ciuchy z centrum handlowego w Tsim Sha Tsui. Gra zbieraniną kontynentalnego kwai i hongkońskich dolarów, dorzucając kilka okolicznościowych monet dla turystów. Łatwizna, myśli sobie, spoglądając na pulchnego gwai lo w rękawiczkach i muszce, wyglądającego jak profesor literatury z Nowej Anglii, który wypuścił się na miasto bez pozwolenia żony. Mierzy mnie wzrokiem, suka, a ja delektuję się myślą o oskubaniu jej do cna dzięki kilku dobrym rozdaniom. Zachęca mnie to do przyłączenia się do gry.
Obstawiamy po pięćdziesiąt hongkońskich dolarów. Jak zwykle zaczynam palić: „wzgórze czerwonej pagody” i zongnanhaie – papierosy, które zabijają. Rozdający rzuca mi szybkie spojrzenie. On też mnie rozpoznaje, w całym mieście jest tylko garstka grających gwai lo.
– Wiatr – mówi – wieje dziś ze złej strony.
Mam się wycofać? „Przecież – myślę – ta suka wygrywa. Wysysa ze mnie pieniądze”. Nie, nie.
– Gram dalej – mówię.
– Na pewno?
– Na pewno.
Podwajam stawkę. Wykładam po sto dolarów na trzy kolejne rozdania i patrzę, jak znikają po drugiej stronie stołu.
– Sto pięćdziesiąt – mówi kobieta po mandaryńsku, rzucając zielony żeton na środek jeszcze zieleńszego stołu.
– Dwieście – mówię po kantońsku.
– Dwieście pięćdziesiąt.
– Trzysta pięćdziesiąt!
– W porządku – wzdycha.
Rozgrywamy cztery partie i trzy przegrywam. Na stole pojawia się talerz bacalhau i kobieta z nieskrywaną lubością sięga po papierowy widelec. I Ching jej sprzyja.
Teraz widzę, ile złota ma na sobie. Podnoszę się chwiejnie, postanawiając wycofać się do męskiej toalety i ochłonąć. Rozdający pyta z wahaniem: „Sir?”, ale uspokajam go machnięciem ręki.
– Zaraz wracam – mówię.
Nigdy nie odpuszczam nocy, dopóki nie jestem gotów paść. Odchodzę, jakby nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Jakbym naprawdę zamierzał wrócić z toalety i oskubać ją do cna, i jestem pewny, że to zrobię.



