Na imię mi zemsta
Przedsprzedaż.
Iwona Poczopko
Data wydania: 2026
Data premiery: 17 marca 2026
ISBN: 978-83-68742-06-0
Format: 145x205
Oprawa: Twarda
Liczba stron: 544
Kategoria: Fantastyka i groza, Słowiańskie światy, Barwione brzegi
79.90 zł 47.94 zł
Przedsprzedaż.
Gdy słowiańskie ziemie krwawią, rodzi się gniew kobiety. Gniew, którego nikt nie jest w stanie powstrzymać.
XII wiek. Krucjata niemieckich panów i biskupów, którzy nie znają litości brutalnie pustoszy słowiańskie ziemie. Młoda Snigir cudem uchodzi z życiem z masakry dokonanej przez ludzi Elureda, brata księcia Saksonii. Pod opieką pustelnika Serafina odzyskuje siły — lecz kiedy przypadkowe spotkanie z oprawcami otwiera rany jego własnej, mrocznej przeszłości, oboje wyruszają na drogę krwawego odwetu. Do ich wyprawy dołącza Sambor, również naznaczony tragedią i pałający żądzą zemsty, która przeradza się w bezpardonową walkę.
Ślad Elureda wiedzie przez Połabie i Magdeburg aż na pola pod Kodyniem, gdzie rozstrzygnie się los krucjaty i losy bohaterów. W ogniu bitwy Serafin stanie twarzą w twarz ze swoim wrogiem, a jego wybór między zemstą a miłosierdziem przyniesie gorzkie konsekwencje.
Epicka opowieść o zemście, utracie i nadziei, rozgrywająca się w czasach, gdy przemoc była jedynym prawem.





– Przygotowałem ci najlepsze boże leki. Są tu kwiaty przetacznika, do tego korzeń żywokostu i lepiężnika. Lepiężnik trochę cuchnie, więc musiałem wkruszyć liście mięty. Oczywiście dodałem też ziele świętojańskie, które koi i goi. Ziele łaski bożej. A wiesz, co mówi legenda? Że czerwony sok tej roślinki to krew samego Chrystusa.
Ledwo wymówił imię drogiego sercu Zbawiciela, a już pożałował swojej gadatliwości. Błękitne jak niebo oczy Snigir zaciągnęły się granitem, więc czym prędzej znalazł inny powód do opiewania zalet zioła.
– Każda panna wkłada wianek z tego kwiecia w noc Kupały, jeśli chce zwabić młodzieńca. To jest dopiero moc! – Zażartował i dodał zaczepnie: – Przyznaj, że i ty tańcowałaś w takim wianku. Ba, i pewnie oczarowałaś niejednego kawalera. Zgrabna przecież z ciebie pannica.
Łypnęła na niego, ale udał, że nie zauważył przestrogi i snuł swój monolog, racząc ją porcyjkami wywaru.
– Widziałem na własne oczy jak dziewczęta po nocnych swawolach, wyjmowały z wianków kwiatki i wrzucały je do rzeki, ta, której przywiędły kwiatek ożył, mogła szykować się do wesela.
Przerwał, bo Snigir ulało się z ust. Otarł jej policzek płócienną chustą i odłożył miskę.
– Na razie wystarczy – oświadczył. – Później znowu popijesz.
Spojrzał na nią, a potem przetarł jeszcze raz wytarty już policzek.
– Przyjdzie czas, że i ty wrzucisz swój kwiatek do rzeki. – Uśmiechnął się łagodnie. – Tylko najpierw sama musisz ożyć.
Wyszedł z izby, mamrocząc cały czas pod nosem, jakby się bał, że z ciszy może wychynąć coś paskudnego. Wrócił po chwili z dużą drewnianą misą, pełną ciepłej wody.
– Teraz czas na mycie i zmianę opatrunków – oznajmił. – Ściągniesz mi tu wszystkie okoliczne muchy.
Zakręcił się wokół własnej osi, w poszukiwaniu nie wiedzieć czego. Po namyśle postawił misę na zydelku i dolał do niej dzbanek ziołowego wywaru, po czym wyciągnął spod stołu ławę i ustawił ją równolegle do posłania. Ułożył na niej lniany ręcznik i stosik lnianych ściereczek, miseczkę z papką lnianą i deskę z mydlnicą.
– Tylko mi tu nie marudź. – Uprzedził jej sprzeciwy i ściągnął wełnianą derkę, którą była okryta, aż po samą szyję. – Już i tak ciężko przebywać z tobą w jednej izbie. Jeszcze trochę i będę musiał wynieść się na zewnątrz. A tam dzika natura. Chyba nie chcesz, żeby mnie coś pożarło?
Udając, że nie widzi jej przerażenia i wstydliwego zaciskania ud, nie przestawał perorować.
– Jak mawiał wielki Juwenalis: mens sana in corpore sano, a ja dodam: mens sana in corpore puro. A wiesz, co to znaczy? No pewnie, że nie wiesz. Zdrowy duch w czystym ciele.
Zwilżył dłonie, roztarł w nich gałązki mydlnicy, po czym miękkimi okrężnymi ruchami zaczął rozprowadzać cienką warstwę piany po jej skórze. Zaczął od szyi i ramion. Robił to bardzo delikatnie, żeby nie urazić ran, skaleczeń i zadrapań, które ją pokrywały. Nie sposób było ich zliczyć. Poniechał tego zamiaru już pierwszego dnia, kiedy przywlókł ją do swojej samotni i aż do zmroku musiał wyjmować z niej drzazgi i najróżniejsze zadziory, czyścić z brudu i krwi wszystkie rozcięcia i rozdarcia.
– Nie bój się. – Czuł, jak jej mięśnie tężeją pod każdym jego dotykiem. – Jestem człowiekiem świętej profesji i przedkładam wiedzę nad namiętności. Zapewniam cię, że zamiast niewieścich wdzięków, widzę tylko niedomagania. Ileż to ja się gołych piersi, brzuchów i zadków namacałem. Multum. Masy całe. I stare i młode, i dziewczęce i chłopięce. Nagość to stan naturalny, a jak mawiał wielki Juwenalis: naturalia non sunt turpia, czyli to, co naturalne, nie przynosi wstydu. – Uspokajał ją monotonną perswazją i metodycznie nacierał pianą mydlnicy. Kiedy doszedł do jej porysowanego podbrzusza, zamilkł, żeby ukryć drżenie w głosie. Chrząknął nerwowo i obrócił się ku misie. Zanurzył w niej lnianą ściereczkę i wycisnąwszy nadmiar wody, zaczął przemywać kawałek po kawałku jej sponiewierane ciało. Mył i suszył ręcznikiem, mył i suszył, najpierw przód, potem plecy, nogi, opowiadał jej przy tym cały czas o stosowanych przez siebie ziołach i ich zbawiennym działaniu.
– A ty wiesz że, babka, którą kładzie się na rany, zwana jest „królową dróg”? Była o niej mowa już w pradawnej „Modlitwie do dziewięciu ziół”. – Zrobił pauzę, po czym przeszedł w podniosłą recytację. – I ty babko, matko roślin, otwarta ku słońcu, potężna we wnętrzu, nad którą skrzypiały wozy, nad którą przejeżdżały konie i galopowały parskające byczki. Wszystkiemu stawiłaś opór i przeciwstawiasz się wszystkiemu. Tak też przeciwstawisz się truciźnie, zarazie, i nieszczęściu. Tak – dodał normalnym już tonem – babka ma siłę, bo sama jest silna. Nie zadepczesz jej, ani nie wyplenisz.
Przyjrzał się uważnie jej lewej stopie i cmoknął niezadowolony.
– Spuchła. Trzeba ci tu będzie papkę z żywokostu zaaplikować.
Przyłożył na obrzmiałe miejsce czystą lnianą ściereczkę i kontent, że tak dobrze poszło mu przy ablucjach, naciągnął na Snigir wełniany koc.
– A teraz czas na ranę.
Przysunął się do jej wezgłowia i pochylił nad dużym opatrunkiem, który zakrywał cały lewy bark.
– Miałaś szczęście, że ten diabeł lubił ozdoby – mówił, pracując w skupieniu. – Lubił, szatański pomiot, zabijać z galanterią. – Odkleił ostrożnie od rany lnianą szmatkę i powąchał ją, z widocznym znawstwem. – Nie wonieje! – ucieszył się. – Ten pompon, co sobie przymocował do włóczni, zatamował krew. – Obrócił ją delikatnie na bok, żeby sprawdzić, co się dzieje u wlotu rany.
Snigir jęknęła przeciągle. Uspokoił ją czułym ciiii, nie wiedząc, że jej lament nie był od tego bólu, o którym myślał, a od strasznego obrazu, który rozpalił się właśnie w jej głowie. Serafin nieopatrznie sprawił, że znowu pojawił się przed nią biały jeździec na białym koniu. Niespokojny taniec zwierzęcia wprawiał w ruch dziwaczny pompon dyndający u nasady żeleźca włóczni, osadzonej przy siodle.
– Trudno było wyjąć z ciebie to paskudztwo, ale z pomocą boską jakoś się udało – westchnął, przypatrując się uważnie ranie na plecach. – Czysta jak łza! – Podsumował oględziny.
Umieścił lnianą papkę między dwiema ściereczkami i tak przygotowany opatrunek przyłożył do rany.
– Samo wyjmowanie nie było łatwe, ale przytaszczenie cię tutaj wcale nie było łatwiejsze. – Ułożył ją na plecach. – Musiałem zbudować specjalne nosze z gałęzi. Ciągle mi się zsuwałaś, więc odziałem cię w swój habit i rękawami przywiązałem do mojej wymyślnej ramy. – Zdmuchnął nieistniejący pyłek z jej ramienia i opatrzył ranę z przodu. – Nie dość, że cały las śmiał się z mojego gołego zadka, to jeszcze mi przyszło prać swoje odzienie, bo zesztywniało od twojej krwi. – Podciągnął na niej koc, aż po szyję. – Odpocznij teraz, dziecino. Pośpij trochę. – Palcem przesunął kosmyk jej włosów wijący się na sienniku. – Obudzisz się, to znowu trochę popijesz mojego wywaru. Zrobiłem go według przepisu mojej wielkiej mistrzyni, świeć panie nad jej duszą, siostrzyczki Korduli. Ach, jakiż to był człowiek kochany. – Twarz mu zmiękła od wzruszenia. – Najlepsza i najmądrzejsza osoba na świecie.
Uprzątnął ławę. Stare opatrunki wrzucił do miski z wywarem i wyniósł na zewnątrz.
– Opiekowała się mną w klasztorze – wyjaśnił. – Od dwunastego roku życia była mi jak matka i najlepszy nauczyciel.
Serafin przerwał na chwilę krzątaniną i zatrzymał się nad Snigir.
– Nauczyła mnie, że dzięki odpowiednio zaaplikowanym ziołom ciało da się wyleczyć dość szybko, gorzej jest z duszą. Dusza to bardziej skomplikowana sprawa.
Usiadł nagle w nogach jej posłania. Wpatrzył w las za otwartymi drzwiami. Przygarbił się, jakby nie miał sił dźwigać własnych ramion.
– Tyle lat minęło, a ja ciągle jeszcze noszę to w sobie – powiedział cicho do drzew – tyle lat i ciągle jeszcze krwawię.
Obrócił twarz w jej stronę. Zobaczyła w jego oczach mrok, podobny temu, w którym ona sama tonęła.
– Nie szczęście mnie tu przygnało. – Uśmiechnął się blado.



















