Tamtego dnia zgasło niebo
Magdalena Stykała
Data wydania: 2026
Data premiery: 17 lutego 2026
ISBN: 978-83-68560-87-9
Format: 145/205
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 304
Kategoria: Literatura współczesna
47.90 zł 33.53 zł
Przepiękna historia miłości, którą przeciął czas mroku.
W czasach, gdy na Pomorzu mniejszość niemiecka była częścią tych terenów, a mieszane małżeństwa codziennością, polska dziewczyna i niemiecki chłopak pochodzący z tej samej wsi zakochują się w sobie. Wkrótce Lucas wyjeżdża na studia do Berlina, gdzie daje się porwać ideologii „nowego porządku świata”. Gdy wybucha wojna, oddaje duszę diabłu i wstępuje w szeregi Wehrmachtu, niszcząc tym samym przyszłość swoją i swojej ukochanej.
Dwa pokolenia później przeszłość upomina się o swoje. Znalezione w lesie szczątki niemieckiego żołnierza, odkryte na strychu domu przedwojenne listy i niemiecki chłopak w roli turysty odmieniają życie Meli. Wciąga się ona w rozwiązywanie tajemnic przeszłości swojej rodziny, a wszystkie wątki prowadzą do jednej historii, której dziewczyna jest częścią.
Trzy dni później dziewczyny domykały sprzątanie strychu. Mela zamiatała podłogę, a Zuza przesuwała pod ścianę kufry, które miały zostać na poddaszu. Kartony z niepotrzebnymi rzeczami czekały przy oknie ułożone jeden na drugim.
– Teraz widać, jaka to przestrzeń. Prawdziwe pole do popisu – stwierdziła Zuza, rozglądając się dookoła.
– Jest super – zgodziła się Mela, odstawiła miotłę i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– To jak już zdobędziesz gotówkę, od czego zaczniesz?
Mela podeszła do wielkiego komina i poklepała po wysuwającej się nieznacznie ceglanej części zaopatrzonej w okopcone drzwiczki.
– Od tego – powiedziała. – To dawna wędzarnia, ale od niepamiętnych czasów nikt z niej nie korzysta. To idealne miejsce, by zrobić z tego kominek. Nie trzeba dużo, po prostu fachowa przeróbka.
Zuza pokiwała głową.
– Będzie tutaj pasował jak ulał – uznała. Podeszła bliżej i oglądała drewniany schowek przytulony do wędzarni. – A to? Co to za szafa?
– To miejsce na drewno – odrzekła Mela, uchyliła ażurowe drzwiczki i zajrzała do środka. – Na pewno były tu kiedyś półki, a te kratkowane drzwi miały zapewnić wentylację. Sucho, ciepło i przewiewnie. Z pewnością wszystko to w trosce o idealne drewno do wędzenia. Bo z tego co wiem do różnych gatunków mięs i kiełbas stosowano odpowiednie rodzaje drewna.
– Do wędzenia żeberek tylko drewno jabłoniowe lub wiśniowe, do dziczyzny klon i dąb, do wędlin tylko olcha. – Zuza zaśmiała się.
– O proszę, fachowiec z ciebie. – Mela uśmiechnęła się.
– Mój stryjek pod Sandomierzem bawi się w takie rzeczy, ale wędzi również sery i są przepyszne. Coś jak oscypki, ale różne smaki.
– Brzmi smakowicie – uznała Mela. – Odwiedzimy go następnym razem.
– Tylko u nas wędzarnie wyglądają inaczej. Nigdy żadnej nie widziałam na strychu. Zawsze gdzieś na zewnątrz.
– Co kraj, to obyczaj – stwierdziła Mela. – Ważne, że produkty udane. A takie rozwiązanie jak tutaj to pewnie też pomorski styl.
– No tak, pruski porządek – odrzekła Zuza z uśmiechem. – I powiem ci, że ta szafa przy boku fajnie się prezentuje, zwłaszcza te ażurowe drzwi. Coś jak konfesjonał. – Zaśmiała się.
Mela otworzyła drzwiczki, weszła do środka i zamknęła je za sobą.
– Faktycznie jak konfesjonał. Jak masz ochotę do zwierzeń, chętnie posłucham. – Zapukała cicho i zachichotała.
Zuza otworzyła drzwi i dołączyła do przyjaciółki.
– Po co? I tak ci wszystko mówię. – Trąciła ją w bok.
Mela lustrowała malutką przestrzeń od góry do dołu, gdy jej wzrok zatrzymał się na przebiegającej przez schowek belce podtrzymującej dach. Zmrużyła oczy, by sprawdzić, czy się nie myli.
– Włącz latarkę – poprosiła Zuzę, a dziewczyna wyjęła telefon i po chwili przez mroczne pomieszczenie przebił się snop światła.
– Poświeć tam. – Mela wskazała belkę, a potem obie dziewczyny skupiły wzrok na przedmiocie, który na niej stał.
– Co to jest? – zapytała Zuza. – Jakaś kasetka?
– Chyba tak – odrzekła Mela i wspięła się na palce, by sięgnąć po przedmiot, lecz nie była w stanie go wydobyć. – Poczekaj, przyniosę krzesło – oświadczyła i wybiegła ze schowka, by po kilku minutach wrócić z obiecanym krzesłem.
Wdrapała się na nie i wyciągnęła ręce w górę, a potem delikatnie wyjęła spoczywającą na belce kasetkę i podała ją przyjaciółce.
Natychmiast wyszły ze skrytki i usiadły na podłodze. Postawiły przed sobą zdobycz. Mela wyjęła z kieszeni chusteczki higieniczne i przetarła zakurzoną powierzchnię, a potem dmuchnęła kilka razy, aby pozbyć się pyłu z wieczka.
– Ładna – uznała, przesuwając opuszkami palców po grawerowanej powierzchni.
– Ładna? – odparła Zuza z lekkim oburzeniem. – Jest przepiękna! Spójrz na te zdobienia, na kwiaty, liście i miniaturowe winogrona. Prawdziwie barokowy styl. Do tego ten kształt, wypukłości, nóżki i fantastyczna pokrywka! Prawdziwe cudo.
– Myślisz, że jest srebrna? – rzekła Mela i potarła powierzchnię. – Trochę zaśniedziała – uznała.
– Może być wykonana ze stopu cynku i platerowana srebrem na całej powierzchni – stwierdziła Zuza. – Nie będzie problemu z doczyszczeniem.
– Skąd wiesz?
Zuza przewróciła oczami.
– Uwielbiam takie rzeczy. To znaczy niczego takiego nie posiadam, ale zawsze oglądam na wystawach i czasem wchodzę zapytać o szczegóły. Chciałabym mieć kiedyś taką szkatułkę na biżuterię.
– Najpierw trzeba mieć biżuterię – stwierdziła Mela wesoło.
– Fakt – zgodziła się przyjaciółka. – Ale ta jest za duża na kosztowności. No chyba że ktoś miał ich sporo.
– W naszej rodzinie? – zdziwiła się Mela. – Wątpię. – Podniosła kasetkę i obejrzała ją od spodu. – O ja! Są inicjały!
– Jakie? – zapytała Zuza z przejęciem i wyciągnęła głowę w kierunku przyjaciółki.
– A. F.
– I co? Mówi ci to coś?
Mela pokręciła głową.
– Nic a nic. Nie mam pojęcia, kto mógł mieć taki monogram. Naprawdę.
– To zajrzyjmy do środka. Może znajdziemy odpowiedź?
– Jasne – zgodziła się Mela i przez chwilę siłowała się z wieczkiem, które zdawało się przyrośnięte do reszty. – Chyba nie jest na klucz? Strasznie ciężko to otworzyć.
– Nie ma żadnego zamka, to po prostu wiekowy przedmiot i pewnie swoje tutaj odleżał. Jak trochę poobracasz w dłoniach i poruszasz, to na pewno się otworzy.
Mela przesunęła paznokciami wzdłuż linii, gdzie wieczko łączyło się z pozostałą częścią szkatułki, jakby chciała przeciąć banderolę, a potem jeszcze raz spróbowała je podnieść. Gdy pokrywka odskoczyła, zawołała uradowana:
– Jest!
Obie natychmiast nachyliły się, by zobaczyć, co znajduje się w środku.
– Listy – szepnęła Mela. – To nie biżuteria, tylko listy…
Wzięła do ręki leżącą na górze kopertę, a Zuza sięgnęła po kolejną.
– Strasznie stare – oceniła. – Co to za pismo? Tego adresu nie można rozczytać. Pieczęcie nadawcze są rozmyte. Rozumiesz coś z tego? Co to za miejscowość i data?
Mela przyglądała się pożółkłej kopercie, którą trzymała w drżących dłoniach.
– Berlin… Tysiąc dziewięćset trzydzieści siedem… – przeczytała cicho, a potem dodała: – Na mojej adres nie jest rozmazany…
– Kto jest adresatem? – zapytała Zuza podekscytowanym głosem.
– Nie uwierzysz – szepnęła Mela.
– Mów!
– Marie Roterberg…
– Co?! – zawołała przyjaciółka. – Roterberg? Tak jak ta rodzina z Czerwonego Wzgórza?
Mela powoli pokiwała głową.
– Dokładnie.
– Kim była?
– Zdaje się, że mieszkanką tamtego majątku. Taki jest adres.
– O rany! Coś podobnego! – ekscytowała się Zuza. – A nadawca? Kto jest nadawcą? – pytała z niecierpliwością małej dziewczynki.
Mela odwróciła kopertę i zmrużyła oczy, by odczytać niewyraźne litery.
– Lucas Roterberg – przeczytała.
– A więc rodzina! – Zuza klasnęła w ręce. – Kim dla siebie byli? To jego żona? A może siostra? Kuzynka? A może córka? – wyrzuciła z siebie lawinę pytań, a potem zanurzyła dłoń w szkatułce, unosząc stos kilkunastu podobnych kopert. – Całkiem spora korespondencja – stwierdziła. – Jakim cudem się zachowała?
Mela spojrzała na plik listów.
– Nie mam pojęcia, ale to nie jest najważniejsze.
– A co?
– Jakim cudem te listy znalazły się w srebrnej szkatułce na strychu mojego domu?
– Rzeczywiście, to o wiele bardziej istotne. Nie pomyślałam o tym – przyznała przyjaciółka, a potem uśmiechnęła się. – To mamy kolejną tajemnicę. Najpierw trup w lesie, teraz to! No, nieźle się można bawić na tym Pomorzu. – Puściła oczko.
Mela nadal wpatrywała się w kopertę w swoich dłoniach.
– Z tym trupem to już raczej po ptakach, ale tego nie odpuszczę. Muszę dowiedzieć się więcej. – Wyjęła ze szkatułki kolejne listy i przyglądała się każdemu.
– Wszystkie do Marie Roterberg? Może to jej kasetka? – zapytała Zuza, a potem machnęła ręką i odpowiedziała sama sobie: – Nie, przecież inicjały się nie zgadzają.
Mela porównywała adresy na zniszczonych kopertach, starając się rozczytać poszczególne wyrazy. Na chwilę wstrzymała oddech.
– Zuza… To nie są listy do Marie Roterberg – powiedziała z przejęciem.
– Jak to? Przecież mówiłaś, że do niej.
– Spójrz tutaj. – Wskazała dwa słowa poniżej imienia i nazwiska adresatki.
– Co tam jest napisane?
– Für Amelie…
– Czyli?
– Dla Amelie… – wyjaśniła Mela.
– O proszę! Więc Marie była tylko pośredniczką. A ta Amelie? To kto? Jest nazwisko?
– Nie ma nazwiska – odrzekła Mela. – A Amelie to po niemiecku Amelia.
– W tym przypadku nie potrzebowałam tłumacza. – Zuza uśmiechnęła się. – Ale fakt, że niemiecka Amelie to polska Amelia chyba nie ma znaczenia.
Mela milczała przez chwilę, zagryzając nerwowo usta.
– Wręcz przeciwnie – odrzekła.
– Dlaczego?
– Bo myślę, że nie chodzi o niemiecką Amelie, ale o polską Amelię. A to wyjaśniałoby również, skąd te listy wzięły się w naszym domu, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego pisał do niej jakiś Lucas Roterberg…
– O czym, a raczej o kim mówisz? – zapytała Zuza.
– O Amelii… – odrzekła cicho Mela. – O Amelii Majewskiej.
Zuza zmarszczyła brwi.
– A kim ona była?
– Siostrą mojej prababci…











