Wojenni kochankowie
Cień od wschodu, tom 3
Data wydania: 2025
Data premiery: 26 sierpnia 2025
ISBN: 978-83-68560-04-6
Format: 145/205
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 364
Kategoria: Literatura historyczna
49.90 zł 34.93 zł
Opowieść o miłości Irenki Kossakowskiej i Jędrka Ojrzanowskiego, których losy splotły się z tragicznymi wydarzeniami XX wieku. Ich wyjazd do Petersburga za marzeniami i w poszukiwaniu szczęśliwej przyszłości został zakłócony przez I wojnę światową oraz rewolucję w Rosji. Młodzi i zakochani musieli borykać się z nieszczęściem, cierpieniem, okrucieństwem i śmiercią. Czy mimo tego doczekają się swojego szczęśliwego zakończenia?
Wielka historia niezmiennie wpływa na losy bohaterów trylogii Cień od wschodu. Stawia ich przed trudnymi wyborami życiowymi albo pozbawia możliwości decydowania o sobie. Fascynuje, przeraża, daje do myślenia i sprawia, że od lektury trudno się oderwać. To ponadczasowa opowieść, która niemal krzyczy do współczesnego czytelnika: Przeszłość to też Ty! Polecam!
Beata Igielska (Książkowzięci)
Warszawa, wiosna 1914 roku
Panna Irena szła ulicą krokiem sztywnym i powolnym, a mimo tego każdemu jej ruchowi towarzyszył metaliczny chrzęst. Zatrważało ją to, więc rozglądała się wokół z trudnym do ukrycia przerażeniem. Kropelka potu ściekała jej po plecach, choć dzień był wiosennie orzeźwiający. Przechodnie przyglądali się jej z lekkim zdziwieniem. Szła Nowowiejską i minęła już nowy budynek Politechniki. Tu zawsze było
gwarno, ale w jednolicie umundurowanym tłumie studentów czuła się jeszcze w miarę bezpiecznie. Niestety zbliżała się do wielkiego ceglanego gmaszyska, w którym mieściły się koszary. Tu ludzi było mniej, ale to jej wcale nie uspokajało. Wśród rzadkich przechodniów dziwny chrzęst wydał się donośniejszy, jakby odbijał się echem od czerwonych ścian, więc stawiała kroki jeszcze ostrożniej.
– Czy panienka dobrze się czuje? Aż drgnęła przerażona. Stał przed nią starszy, niewysoki mężczyzna. Gdyby okoliczności były inne, Irenka określiłaby go jako sympatycznego pana, bo siwizna, schludność ubioru, życzliwy uśmiech i autentyczna troska w głosie wzbudzały zaufanie.
Ale nie dzisiaj!
– Dziękuję, dobrze – odpowiedziała tonem, który miał go zniechęcić do dalszej konwersacji, jednak nie przyspieszyła kroku ze względu na ten cholerny chrzęst.
– Może wezwę dorożkę?
Irena posłała mu najbardziej zniechęcające spojrzenie, na jakie ją było stać, ale starszy pan ciągle patrzył na nią z życzliwym uśmiechem.
– Odczep się! – warknęła zrozpaczona.
– Przepraszam – odparł, uchylił melonika i rzeczywiście się odczepił.
A ona, bardziej przestraszona niż przed chwilą, jeszcze ostrożniej powędrowała w stronę Filtrów. To, co miało być romantyczną przygodą, wyrazem szlachetności jej ducha, stało się koszmarem. Obejrzała się. Starszy pan patrzył w jej stronę, więc energiczniej poruszyła trzymaną w dłoni parasolką, usilnie starając się, by część jej ciała od pasa w dół nie wydawała więcej tego metalicznego chrzęstu. To było pierwsze poważne zadanie, a ona już czuła się kompletnie wyczerpana i niezdolna do niczego.
Jeśli mnie złapią, będą przesłuchiwać, może nawet torturować – monologowała w duchu – a ja już się tak boję, że pewnie bym tego nie zniosła!
Nie wiedziała, że w swoim strachu bardzo była podobna do swojej babki, Klary z Kadyszewiczów Kossakowskiej, która wiele lat temu i w zupełnie innej sytuacji także umierała ze strachu, szukając angażu do teatru. Zresztą, nawet gdyby o tym wiedziała, niewiele by jej to pomogło. I tak czuła się skończonym tchórzem. A przecież marzyła, by dokonywać wielkich czynów, by całym życiem służyć sprawie,
by odpokutować krzywdy, które jej przodkowie wyrządzili ludowi, by wreszcie spłacić dług, który ona sama u tego ludu zaciągnęła, bo żyła przecież dotąd w dobrobycie i otoczona miłością, kiedy wokół było tyle nędzy i niedoli.
Jeszcze kawałek – pomyślała, widząc już bramę do Filtrów. Tam miała uwolnić się od swojej niebezpiecznej przesyłki. Przeznaczona ona była dla towarzysza Konieczka, którego powinna znaleźć w warsztacie gdzieś niedaleko wejściowej bramy. W Filtrach czuła się jak w domu. Jej dziadek, inżynier Maurycy Kossakowski, zajmował tu ważne stanowisko w zarządzie, dlatego i ją znali tu wszyscy od prostego wartownika począwszy, na prezesie zarządu kończąc.
Ledwie jednak zdążyła poczuć coś na kształt ulgi, że ten koszmarny spacer się wreszcie skończy, zauważyła, że troczek podtrzymujący lewą nogawkę tej części garderoby, której nazwy grzeczne panienki nigdy nie wymawiają, lekko się rozluźnił, a w chwilę potem naboje tam ukryte z grzechotem wysypały się na trotuar.
– Pieprzone majtki! – zdążyła jeszcze szepnąć w rozpaczy, zanim wpadła w panikę .
Skoczyła do najbliższej bramy. Podwórko! Wdrapała się na śmietnik, z niego na murek. Za murkiem zeskoczyła na następną posesję. Wtoczyła się pod jakiś krzak i obejrzała pozdzierane do krwi kolana. Otoczył ją delikatny zapach jaśminu i ostry smród wychodka. Miała szczęście. Ten maleńki, obrzydliwie cuchnący budyneczek ją zasłonił. Na podwórku jakaś dziewczynina wydzierała się niezbyt czystym głosem:
Na Czerniakowskiej, Ludnej, na Woli
W ciemnych spelunkach, gdzie życie wre
Hej tam, w kompanii, często do woli
Noc całą Mańka bawiła się…
Spokój… Nikt nie widział…
Nieprawda. Widział! Stróż kamienicy przy ulicy Nowowiejskiej, przed którą panna Irena zgubiła ze dwa tuziny nabojów do nowego pistoletu Ruby kaliber 7,6 mm, nazywał się Leon Walaszek i, wychodząc ze swojego mieszkania w suterynie, zdążył jeszcze zobaczyć uciekającą w panice jakąś pannę. Wyszedł przed bramę i spostrzegł rozrzuconą na chodniku amunicję. Rozejrzał się. Nadchodząca para ludzi w średnim wieku jeszcze
niczego nie zauważyła. Dwa ruchy miotłą i kompromitujące znalezisko znalazło się na wielkiej szufli. Znowu coś się będzie działo w jego nudnym życiu. Z rozrzewnieniem wspomniał sobie nie tak dawne przecież wydarzenia, kiedy przez Warszawę przeszły ogromne demonstracje, pamiętał barykady z przewróconych tramwajów, a przede wszystkim to poczucie siły. Wreszcie burżuje musieli się liczyć z ludem! I on był wtedy całkiem jeszcze młody!
– Panienko! – Podreptał w głąb podwórka. Tutaj się musiała gdzieś ukryć. – Panienko!
Zajrzał za śmietnik i kibel, oganiając się przed rojem much. Nigdzie więcej nie mogła się schować! Nadstawił ucha, może jakiś szmer ją zdradzi. Ale nie, zza muru, z sąsiedniego podwórka dolatywały go tylko strzępy ballady o czarnej Mańce.
Lecz raz poznała ulicy syna,
Co żył wśród nocy z noża lub też kradł.
I pokochała dzika go dziewczyna,
Bez niego dla niej już nie istniał świat.
– A co tam Leon tak stoi i stoi, a robota się sama nie zrobi! – dobiegł go głos właścicielki kamienicy. Wychylała się z kuchennego
okna na drugim piętrze. – Niech Leon posypie wapnem to miejsce, bo wytrzymać nie można od zaduchu!
Skłonił się niezręcznie, zasłaniając miotłą to, co znajdowało się na szufli, i podreptał do swojej suteryny.
„Co ja mam z tym zrobić? Co ja mam z tym zrobić?” – huczało mu w głowie.
– Koń narobił na ulicy, a ty stoisz se na podwórzu i nie wiadomo o czym myślisz! – Jego szanowna małżonka wychyliła się z kuchni,
trzymając na wydętym brzuchu umorusanego dzieciaka. – Co za oferma, sam nic nie zrobi, bez przerwy go trzeba poganiać! Uciekł przed żoną i, ciągle nosząc ze sobą na szufli nieszczęsne naboje, wyszedł na ulicę, by zgarnąć na nią końskie odchody.
Zrezygnowany poszedł do śmietnika i wyrzucił tam wszystko. Odetchnął z ulgą. Stanął znowu przed bramą i rozmarzył się o czasach, kiedy porwany wielotysięcznym tłumem śpiewał ze wszystkimi:
Nasz sztandar płynie ponad trony,
Niesie on zemsty grom, ludu gniew,
Przyszłości rzucając siew…
Nawet sobie coś nucił po cichutku.
– Tata – pociągnął go za rękaw jeden z jego synów, Kazik – ja to wszystko powybieram, jak się ściemni…
– Zapomnij o tym! Co z tym zrobisz?! – Leon nie mógł się zdecydować, czy ma zabronić synowi wtrącania się w tak niebezpieczne
zabawy dorosłych, czy skorzystać z okazji pozbycia się ze swojego podwórza TAKIEJ rzeczy.
– Oddam panience, ja ją znam…
– A co tam Leon znowu stoi, a to miejsce niewywapnowane, choć już pół godziny temu mówiłam, żeby wywapnować! –Znowu odezwał się jazgotliwy głos.
– Toż idę, idę! – Stary Walaszek tym razem podreptał w stronę głosu skwapliwie, bo zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć synowi. Sprawa kibla była jasna. Trzeba było wleźć w to smrodliwe miejsce i wsypać w otwór szuflę wapna. Więc to zrobił.
Nad Warszawą tymczasem płynął spokojny dzień. Lekki wiatr przewiał resztki chmur, słońce rozwierało płatki wiosennych kwiatów, dorożkarskie konie człapały raz wolno, raz żwawo w zależności od tego, czy sałaciarz dostał obietnicę sutszej zapłaty, czy nie. Czasem ulicą przejechał z rykiem automobil, a dalej, na Zbawiciela i Marszałkowskiej, jeździły, niemiłosiernie zgrzytając na zakrętach, elektryczne tramwaje. Nigdzie już prawie nie widać było umundurowanych posłańców, którzy jeszcze niedawno roznosili wiadomości, liściki i bilety. Teraz zastąpił ich telefon. W ten piękny wiosenny dzień niewielu ludziom przychodziło do głowy, że nadchodzi wielka burza.





