Katalog książek [powrót]
Szukaj książki wg autora lub tytułu   
Sukkub
Edward Lee

Niedostępny


tytuł oryginału:
Succubi
przekład: Bartosz Czartoryski

ISBN 978-83-7674-138-3
[EAN 9788376741383]

Data wydania: 2011
Wymiary: 145/205 mm
Liczba stron: 328
Oprawa: miękka + skrzydełka
Kategoria: fantastyka i groza

Witajcie w Lockwood, spokojnej i cichej mieścinie... gdzie sukkuby wychodzą na żer kiedy zapada zmrok. Wyuzdany seks,bezkompromisowa przemoc i niepokojąca, stara przepowiednia, która wypełni się w tym nadprzyrodzonym horrorze.
Seksowna prawniczka Ann Slavik wraca do rodzinnego miasteczka w poszukiwaniu swoich korzeni... ale znajdzie tam coś zgoła innego: śmierć, rozpustę, kanibalizm, diaboliczne tajemnice, strach, strach i jeszcze WIĘCEJ STRACHU! A dwóch zwariowanych, podążających za nią psychopatów to małe piwo w porównaniu z tym, co czeka na nią w Lockwood. Sam Kaligula uklęknąłby z szacunkiem przed perwersjami, których będziecie świadkami. Ta książka przeznaczona jest dla dorosłych czytelników o mocnych nerwach.


Pisarstwo Edwarda Lee jest jak piła mechaniczna na pełnych obrotach. Jeśli podejdziesz zbyt blisko, urżnie ci nogi.
- Jack Ketchum



Ukryj fragment

Prolog
– Gotowali tutaj głowy – powiedziała pani Eberle.
Profesora Fredricka przeszedł dreszcz, poczuł się zagubiony, a milczenie między nimi przedłużało się. Gotowali głowy. Popatrzył na dziwną, smukłą kobietę, a potem znowu utkwił wzrok w jamie pełnej czaszek.
W tej dziurze gotowali głowy.
Mimo ostrego blasku słońca, czyste górskie powietrze sprawiło, że wzdrygnął się z zimna. To miejsce kazało mu myśleć o bezeceństwach, o gwałcie. Ogonek entuzjastycznych studentów ustawił się, by pogmerać w skalistej ścianie dwudziestofuntowymi kilofami. Inni szpadlami przerzucali ziemię wokół amorficznych obiektów, które udało im się wydobyć z mroku dziejów w ciągu ostatnich sześciu dni wykopalisk. Kurz wzbijał się kłębami w górę. Odgłos metalu obijającego się o kamień wygrywał gorączkową, dobrze znaną mu pieśń. Fredrick spędził na tym całe życie: szukał zduszonych, wymarłych cywilizacji pod grubą warstwą ziemi. Ale nigdy nie czuł się tak, jak dzisiaj. Jak intruz.
Pani Eberle stała obok niego, patrząc na wykopalisko niczym jakiś bóg. Była koścista i dość wysoka, niczym bledsza, kobieca wersja Fredricka. Proste, czarne włosy przeplatane srebrzystymi pasmami otaczały jej wymizerowaną twarz niczym hełm. Choć była raczej drobna, miała wyjątkowo duże piersi, które wypychały jej roboczą koszulę khaki. Duże, niebieskawe oczy patrzyły z uwagą na to, co działo się wokół. Kiedy się uśmiechała, rozchylone usta ukazywały rzędy ostrych, białych jak kość, prostych zębów.
Miała niespotykaną specjalizację: archeolog łamane przez socjolog. Fredrick czytał kilka artykułów jej autorstwa opublikowanych w różnych periodykach; fascynowała go praca tej kobiety – wykorzystywanie socjologicznych mechanizmów w badaniach mitologii. No i była najprawdopodobniej jedynym na świecie ekspertem, jeśli chodzi o mało znaną rasę nazywaną Ur-lok. Fredrick skontaktował się z nią i sprowadził ze Stanów, kiedy jego oksfordzkie wykopaliska natrafiły na ślady, których nie powinno być na wyznaczonym terenie badań.
Cenotafy. Dolmeny. Ogromne zbiorowe groby w samym środku przytulnej, angielskiej wsi.
Brytyjskie służby lotnicze poinformowały Uniwersytet Oksfordzki, kiedy na wykresach topograficznych pojawiły się wyraźnie znaki. Sądzili, że to może jakieś urny, więc Uniwersytet wysłał Fredricka i jego ekipę, i nakazał rozpocząć wykopaliska. Szukali w tym rejonie saksońskiej wioski od czasu, gdy przed dwudziestoma laty znaleźli tu kilka ksiąg celtyckich. Fredricka nie było akurat w pobliżu wykopalisk, kiedy jego drużyna zrozumiała, że natrafiła na coś zupełnie innego.
Gotowali tutaj głowy. Delikatny, gardłowy głos tej kobiety powrócił do jego myśli. Rzeźnicy. Kanibale.
Duża pogłębiarka z silnikiem Diesla wydała z siebie huk i wzbiła w pstrokate powietrze kłęby dymu.
Młodzi technicy pracowali z koronkami wiertniczymi przy ścianie najgłębszego dołu. Tutaj czas mierzyło się nie w latach, ale w warstwach, za pomocą pędzelków z wielbłądziego włosia, w pyle. Fluorowe próbki wrzucano do dziur wypełnionych gliną i łupkiem. Nie, to nie było zwykłe poszukiwanie urn – mieli przed sobą kostnicę.
Wysokie drzewa uginały się nad doliną, jakby z bólu. Miejsce wykopalisk wyglądało jak poznaczone lejami po bombach, kraterami. Utytłani w błocie studenci nosili wiadra z błyskotkami, które zamocowali na końcach kija zarzuconego na ramiona. Na taśmociągu prowadzącym z głównego wykopu jechały kawałki kamieni i ludzkich kości.
– A więc jest pani pewna? Ur-lok? – zapytał Fredrick.
Pani Eberle przekręciła soczewkę o sporej mocy na swoim zmodyfikowanym Nikonie F.
– Nie ma co do tego wątpliwości – oświadczyła. – Wszystko, co znaleźli pańscy ludzie, odpowiada podaniom z czasów rzymskiej okupacji. To jest archeologiczne znalezisko dekady.
Znowu zwróciła swoje duże, lśniące oczy na wykopalisko. Ich błysk skojarzył się Fredrickowi z pożądaniem.

• • •

Wykopaliska miały się ku końcowi, już i tak dawno przekroczyli budżet. Fredrick i pani Eberle przeszli obok zagajnika i weszli do namiotu. Profesor spojrzał na swoje skórzane, oblepione gliną buciory, które nosił od niepamiętnych czasów. Miał je na nogach w Nineweh, Jerychu, Troi i Knossos. Chciał się uśmiechnąć, bowiem pomyślał o sobie jako o upiorze przyszłości. Wszystkie te miasta, niegdyś wspaniałe, skazane były na taki sam los – za tysiąc lat miał podeptać ich szczątki stary but Fredricka. Pogrzebany czas. Całe cywilizacje uwięzione pod zwałami gliny. Chadzał po różnych światach i zdał sobie sprawę z tego, że kiedyś ktoś będzie deptał po nim.
– Będziemy sławni – wyszeptała pani Eberle.
– Słucham?
Nie odpowiedziała, szła dalej bez słowa. Ciężarówki wyjeżdżały z łoskotem, resory ledwo radziły sobie z ciężarem załadowanych na nie lat. Mnóstwo brązu i prymitywnego żelaza. Broszki, spinki, ozdoby, bransolety. Płaskie ostrza z długimi trzpieniami, z pewnością nie saksońskie albo frygijskie. Eberle mówiła, że służyły do składania ofiar z ludzi. Znaleziono też kilka ogromnych kotłów, ale pani Eberle wydawała się najbardziej podniecona manuskryptami. Bogata w azot gleba i glina nieźle je zakonserwowały. Udało jej się sfotografować niemal wszystkie, zanim czyste powietrze przemieniło je w pył i zostały zabrane przez wieczność, do której należały.
Zatrzymali się na skrzyżowaniu i oglądali to, co działo się wokół. Ciężarówki jeździły tam i z powrotem, pełne skrzyń z materiałem z zamierzchłej przeszłości.
Ale w ostatnich ciężarówkach było coś więcej.
Kości.
Ile to już jam odkryli? Ile grobów rozkopali? Ile znaleźli dołów wypełnionych ludzkimi głowami?
– Ekshumacja zajmie nam całe miesiące – powiedziała pani Eberle.
– Nie mamy tyle czasu – odparł Fredrick.
Wyprostował się, walcząc z ciążącymi na jego karku latami. Jego opalona, pomarszczona twarz wyglądała jak wysuszone dno rzeki.
– O tym musimy porozmawiać, bo może się okazać, że nie mamy nawet kilku godzin.
– Co ma pan na myśli? – Zesztywniała. – Czy nie zdaje pan sobie sprawy, co my tutaj odkryliśmy? Te wykopaliska są jedynym namacalnym dowodem istnienia Ur-loków. Nie będą już tajemnicą, wreszcie mamy dowód, że są prawdziwi.
– Powiem pani, co jest prawdziwe. Recesja. Podatki. Inflacja. Myśli pani, że macie ciężko w Stanach? Tutaj jest Anglia, Oksford obetnie nam fundusze. Mieliśmy przecież znaleźć saksońskie urny.
Twarz kobiety poczerwieniała.
– Ale to historia. Jak można odwracać się od własnej przeszłości?
Łatwo, pomyślał Fredrick.
– Będzie miała pani okazję ich przekonać, rada przyjeżdża jutro rano. Proszę jednak nie nastawiać się na zbyt wiele.
Szli dalej, a pod stopami chrzęściły im chwasty. Słońce wydawało się tym bardziej bezkształtne, im bliżej było do zmierzchu – kula topiącego się, pomarańczowego światła traciła swoje kontury i znikała powoli i nieubłaganie za widnokręgiem.
Fredrick uchylił połę namiotu. Kiedy pani Eberle wchodziła do środka, popatrzył na nią i jej sprężysty cień. Zamarł na moment, a po chwili udał się za nią, zastanawiając się, ile tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych w tym miejscu.

• • •

Fredrickowi zrobiło się niedobrze, gdy usłyszał, z jaką łatwością pani Eberle mówiła o tym wszystkim. Opowiadała o wielkich kotłach, które udało jej się sfotografować.
– Ur-lokowie zwykli robić rzeczy, które zawstydziłyby samego Vlada Palownika. Obierali ze skóry, kastrowali, bezcześcili zwłoki; wszystko to doprowadzili do perfekcji. Plądrowali wioski nie dla zabawy czy potrzeb terytorialnych, ale łapali mieszkańców, by służyli jako ofiary, niewolnicy lub jedzenie. Słynęli z mordowania dzieci ze zdobycznych osad. Niemowlęta stanowiły największą ofiarę, jaką Ur-lok mógł złożyć swojemu bóstwu. Mężczyzn zakuwano w kajdany. Kobiety zarzynano. Ur-lokowie postrzegali kobiety spoza swego plemienia za duchowych wrogów, dlatego je zjadali.
Starcza dłoń Fredricka lekko się trzęsła, kiedy nalewał sobie herbaty z termosu. Para buchnęła mu w twarz.
– A te kotły, te kadzie? – Wskazała jedną z fotografii. – Mają wolumetryczną objętość około stu galonów. Wypełniali je krwią i gotowali w nich mięso. Rozgryzłam to. Czy pan wie, ilu istnień ludzkich potrzeba, by napełnić taki gar?
Fredrick skrzywił się, słysząc tak okropne pytanie.
– Ilu? – odważył się zapytać.
– Około siedemdziesięciu pięciu.
Jezu, pomyślał Fredrick.
– Piekli niemowlęta tuzinami – kontynuowała, wygrzebując z włosów grudki gliny – byli nieco sfiksowani na punkcie młodości, a raczej duchowej inwersji doczesności i nieskończoności. Dlatego też ta obsesja rytualna była dla nich niczym transakcja, hołd w formie spirytualnej emulacji.
– To straszne – powiedział Fredrick.
– Tak? Naprawdę? Ur-lokowie byli bardzo przywiązani do okultyzmu. Żyli przez tysiące lat między Celtami i Brytami, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z ich obecności. Sam przedrostek „ur” jest datowany jeszcze przed powstaniem staroangielskiego derywatem słowa „weik” albo „wicc”.
– Wiedźmy – powiedział Fredrick.
– Tak. Mówimy o subkulturowym systemie wierzeń poprzedzającym znane nam, europejskie zapisy słowa „wiedźmy” jeszcze przed powstaniem guseł. Wszystkie ich obrzędy były tranzytywne. Składając w ofierze dzieci, wierzyli, że w taki sposób mogą niejako przekazać tę młodość czczonemu obiektowi. Wiara i ofiara. Podstawa wszystkich religii, łącznie z chrześcijaństwem.
– Chrześcijanie nie pieką niemowląt – powiedział Fredrick.
– Nie, ale niech pan poczyta, kim byli ci ludzie przed Chrystusem, przed ustanowieniem praw Starego Testamentu, przed zawarciem Nowego Przymierza. Wierzyli w tego samego Boga, a jednak składali ofiary przy każdej okazji. Poczyta pan Księgę Kapłańską, jeśli ma pan mocny żołądek. Profesorze, to są uniwersalne rzeczy, świadectwo świętości.
– Świętości? Co ma wspólnego ze świętością gotowanie ludzkiego mięsa w stu galonach krwi?
– Właśnie krew – odparła. – Esencja życia. To symbol i można powiedzieć, że każda religia funkcjonuje poprzez wykorzystanie socjologicznych symboli. Religia wyraża nadzieje danego społeczeństwa poprzez wiarę.
Czyżby zamierzała się uśmiechnąć?
– Krew, esencja życia – ciągnęła. – Czyż konsumpcja krwi nie jest uniwersalnym symbolem ciągłości? Świętości? Druidzi praktykowali ją sześćset lat przed Chrystusem. Słyszał pan o Komunii Świętej?
– Wystarczy – powiedział Fredrick.
Czuł się zmęczony i zniesmaczony. Co powiedzą w Oksfordzie, gdy im oświadczą, że żyli tutaj Ur-lokowie? Żałował, że nie było to kolejne, nudne wykopalisko.
Pani Eberle rozłożyła jeszcze kilka fotografii. Na jednej z nich widniał głęboki dół.
– Ur-lokowie cenili sobie wyjątkowo smak ludzkiego mózgu, powoli gotowanego w czaszce. Głowa dusiła się we własnym sosie przez wiele godzin, a potem otwierano ją za pomocą kamiennego młotka. Specjalnie w tym celu szkolili niektórych niewolników, zwanych cok-braegans, co dosłownie oznacza „gotujący mózgi”. No i potem serwowano te mózgi na gorąco, nakładano na chleb owsiany.
Żołądek Fredricka niemal wywrócił się na nice. Poczuł w ustach kwaśny smak.
– Słyszał pan o Ostrygach z Gór Skalistych? Ur-lokowie mieli swoją wariację na ten temat. Ludzkie genitalia obtaczali w mące kukurydzianej i smażyli na tłuszczu sezamowym. Na przystawkę zwykli jeść szpik kostny. Mieszali go z papryką i dziką cebulą, podgrzewali, by skoagulował, i podawali na pszenicznym cieście. Coś w rodzaju pasztetu nałożonego na tost. Mieli też wyjątkowe, ceremoniale danie, zarezerwowane jedynie dla wysokich rangą kapłanek Ur-loków. Chleb maciczny. Wyjętą z ciała macicę nadziewano pszenicą i zaczynem, a potem pieczono w kamiennych piecach. Często gotowe danie polewano spermą.
Chleb maciczny, pomyślał Fredrick z czystym obrzydzeniem.
– Jajniki marynowano i nadziewano na rożen, potem podpiekano nad ogniskiem. Płuca przerabiano na papkę przypominającą puree, dodawano maliny i gotowano niczym pudding. Języki, wargi i resztę mięśni znajdujących się w twarzy mieszano, przyprawiano i zawijano w ludzką skórę, a wreszcie smażono na chrupko. Jednak najsłynniejszym daniem Ur-loków był entrillus-brok, czyli pokrojone na kawałki jelito, zawinięte w liście lotosu i podgotowane we krwi.
Fredrick zbladł i popatrzył za siebie w milczeniu. W ustach czuł suchość, jakby najadł się piasku. Pani Eberle kontynuowała swoją pełną detali opowieść o kuchni Ur-loków.
– Jeśli chodzi o te kotły, doprowadzano w nich krew do wrzenia. Wtedy wrzucano tam wybrane organy jak wątrobę, trzustkę czy nerki i mieszano. Mięsiste kawałki starannie filetowano i również dodawano do kadzi. Doprawiano ziołami i przyprawami, a pod koniec dodawano również warzywa.
Warzywa. Umysł Fredricka zalała nagła fala nieprzyjemnych obrazów. Wyobraził sobie rzeźnię Ur-loków, gdzie ludzi krojono na kawałki niczym wyłowione z jeziora ryby, gdzie starannie wyjmowano zawartość jamy brzusznej, gdzie podrzynano gardła i spuszczano z nich krew prosto do nagrzanych kotłów bez dna. Chleb maciczny. Naleśniki z jelit. Czy tacy ludzie naprawdę mogli istnieć? Czy religia mogła popchnąć kogoś do pieczenia niemowląt?
– Pani Eberle – powiedział, otrząsając się z nieprzyjemnych myśli – kiedy przyjadą ludzie z Oksfordu, myślę, że może im pani oszczędzić takich szczegółów. Będą chcieli wiedzieć, czemu Ur-lokowie są istotni z archeologicznego punktu widzenia. Co im pani powie?
– Prawdę – odparła pani Eberle. – Ur-lokowie byli społeczeństwem matriarchalnym. Uznawali mężczyzn z każdego plemienia za zło konieczne. Kiedy tylko kobieta rodziła męskiego potomka, był on składany w ofierze. Dowódcy Ur-loków dokonywali ataków na obce wioski za pomocą oddziałów składających się wyłącznie z męskich niewolników zdobytych podczas poprzednich wypadów.
– Trudno w to uwierzyć.
– Może nie chce pan uwierzyć, bo trudno panu zaakceptować fakt, że istniało społeczeństwo, w którym to kobiety przewyższały mężczyzn, choć przecież historia podaje nam wiele takich przykładów.
Naprawdę o to chodziło? Fredrick nie przystał na takie wyjaśnienie.
– A więc jak to zrobiły? Jak grupa amazonek renegatów zdołała zniewolić całe plemiona zdominowane przez mężczyzn?
– Zadał pan znakomite pytanie, profesorze – przyznała. – Niestety, ale prosta odpowiedź nie jest mi znana. Jak już powiedziałam, Ur-lokowie to wiedźmy. Rzymskie zapiski wspominają o nich w kontekście okultyzmu i nawet Celtowie, choć zostawili po sobie niewiele źródeł pisanych, również o nich wspominają.
– Mówi pani o wiedźmach? Sugeruje pani, że Ur-lokowie rządzili tą ziemią przez tysiąc lat, bo rzucali uroki na mężczyzn?
– Nie twierdzę tego, cytuję jedynie to, co wyczytałam. Według podań historycznych, Ur-lokowie wzywali swoje bóstwo, by wspomogło ich w walce z wrogiem. Ale to nieistotne, ja nie wierzę w okultyzm, profesorze Fredrick. Jednakże wierzę w to, że musimy zbadać Ur-loków, bo to fascynujący z punktu widzenia socjologii twór. Musi pan przyznać, że łatwo przychodzi nam wyśmiewanie tego, czego nie potrafimy obiektywnie czy naukowo wyjaśnić…
Mówiła dalej, ale przestał ją słyszeć. Bardzo powoli pewien obraz zaczął wkradać się do jego głowy. Widział wieśniaków uciekających w przerażeniu, słyszał stukot końskich kopyt, zalegające cienie, uniesione w górę miecze i topory. Widział niewinnych ludzi zarżniętych na miejscu, porozcinane klatki piersiowe i odcięte kończyny, wszystko przykryte przez wzbijający się w powietrze kurz. Ostrza błyszczały w słońcu i zatapiały się w ciałach, proste chaty stawały w ogniu. Widział kobiety odcinające głowy swoim wrogom. Widział niemowlęta wyrywane z matczynych ramion. Piękne, silne kobiety w bojowych strojach pławiły się w ich strachu; ciemne, długie włosy przypominały lwie grzywy. Zdeptane przez konie, pozbawione głów zwłoki leżały w błocie, kończyny wrzucono w ogień. Tryskała krew, krzyki rozpływały się w powietrzu. Wielcy Ur-lokowie nakazali swoim niewolnikom wypatroszyć żywych i umarłych. Wizja była na tyle klarowna, że profesor Fredrick ujrzał twarz jednego z umęczonych więźniów.
Była to jego twarz.
– … szkoda więc, że nasza tendencja do nadmiernego intelektualizowania przysłania to, co ezoteryczne i oczywiste.
Fredrickowi powróciła pełna świadomość. Jego stare serce zwolniło tempo, kiedy obrazy wirujące mu w głowie wyblakły i zniknęły, zastąpione uśmiechem i błyszczącymi oczami pani Eberle.
– Co się z nimi stało? – zapytał.
Wypił łyk herbaty, by zająć czymś myśli. Zdążyła już wystygnąć.
– Nikt tego nie wie. Podobnie jak w przypadków Majów, po prostu zniknęli w pewnym momencie. Nie ma żadnych dowodów, że doszło do jakiejś militarnej agresji czy masowego mordu. Tak samo mało prawdopodobna jest epidemia czy głód. Zgaduję jednak, opierając się na tym, co mówi ich religia, że intencjonalnie się rozproszyli.
– Czemu pani tak uważa?
– Prosta analiza ich zwyczajów. Każdy aspekt kultury Ur-loków został starannie zanotowany w rzymskich dokumentach. Ur-lokowie, zupełnie jak druidzi czy Hindusi, wyznawali religię obiecującą pewien rodzaj dostąpienia łask po śmierci. Dla nich doczesne życie było środkiem do celu, szansą na duchowe oczyszczenie. Prawdopodobne jest więc, że Ur-lokowie uznali, iż są na odpowiednim poziomie spirytualnej czystości i mogą rozpierzchnąć się, stać się częścią innych populacji, by w ten sposób powołać do życia swoje bóstwo.
Fredrick nadal nic nie rozumiał. Bóstwo. Użyła tego słowa wielokrotnie, prawda? Nie chciał o to pytać, ale i tak wiedział, że musi to zrobić.
– Jakie konkretnie bóstwo czcili?
– Według Rzymian nazywali je Ardat-Lil – powiedziała – i wiele religii w swoich systemach wierzeń posiada odpowiednik takiej istoty albo nawet to samo bóstwo. Jeśli rozważy pan derywaty ze średnio- i staroangielskiego, zobaczy pan, że loc z Ur-loc i lil z Ardat-Lil, czyli liloc, tłumaczy się jako „duch seksu”.
Profesor Fredrick nadal czuł się zagubiony.
Pani Eberle wyciągnęła się na składanym krześle. Na jej twarzy wykwitł subtelny uśmiech.
– Ardat-Lil była sukkubem.
Nowości  

Bestsellery  

Zapowiedzi  

Wydawnictwo | Aktualności | Partnerzy | Media o nas | Wydaj u nas | Kontakt | Regulamin zakupów | Katalog książek | Katalog autorów
Copyright © Wydawnictwo Replika 2012-2013

gir@ffe